Dzika Kotlarnia - pas północny

Dzika Kotlarnia – temat przewodni, od którego rozpoczęły się moje „piaskowe” wojaże po Śląsku i ziemi opolskiej, znów powraca po niespełna roku. Po tym jak zjechałem teren eksploatacyjny kopalni w części centralnej i zachodniej od granicy Dziergowic po Grabówkę, nadszedł czas na nie mniej tajemniczy pas północny. Jeszcze kilka miesięcy temu oglądałem go zaledwie zza gęstych koron drzew, dziś postanowiłem złamać wszelkie zakazy i przyjrzeć się tej tajemniczej krainie z bliska. W trip zabieram Hindenburga, przyzwyczajonego do kurzu, brudu i piaskowych „zgryzot” w napędzie.   


Kraina dzika, czysta, cicha, pełna odgłosów natury – dokładnie tak ją sobie wyobrażałem i dokładnie taką się okazała. Stare niecki muszą być głębokie, niestabilne zbocza, sypkie osuwiska skutecznie zniechęcają do zbliżania się do brzegów spokojnych, lekko tylko zmąconych podmuchami wiatru stawów. Wszędzie patki. Pewnie dziesiątki, jak nie setki gatunków znalazło tu schronienie. W oddali od zgiełku i od ludzkich osad, stara kopalnia wydaje się być świątynią spokoju. 










Przemierzam północny pas wyrobiska po utwardzonym nasypie kolejowym. Z wody wyrastają uschłe drzewa – znak stopniowego powiększania się zbiorników. Drzewa zalane są niekiedy po same korony. Musi być głęboko, dno nie odbija światła, woda jest tam czarna, złowroga. Mimo to z wysokości nasypu sprawia wrażenie niewrażliwej na ożywione otoczenie.














Docieram do bocznicy kolejowej. Tu kończy się mój zwiad. Jest już zbyt gorąco, by toczyć się dalej. Słońce pali niemiłosiernie, co da mi się we znaki dopiero kilka godzin później. Na jednym z torowisk stoi uśpiony skład piaskarek. 




Wracam spokojnie, niespiesznie, próbując trzymać się krawędzi nasypu, gdzie jeszcze można schować się pod szybko umykającym marginesem cienia rosnących tam drzew. Chwytam naturę w ucho, w oko, w nos… Nasycam się nią na kolejny tydzień pracy. Teraz widzę, jak bardzo mi tego brakuje w życiu tak przecież wspaniale ułożonym, wycyrklowanym, wymierzonym co do centymetra, wyliczonym co do sekundy. Brakuje mi tu jeszcze Leny, by i Ona to poczuła, by poznała ten mój skromny świat na żywo, a nie tylko ze zdjęć i opowiadań. Jestem Jej jednocześnie niezwykle wdzięczny, że tak znosi to moje błąkanie rowerowe z dala od domu. Od naszego domu, w którym zawsze na mnie czeka i zawsze zadaje sobie trud wyrozumiałości wobec tej mojej życiowej pasji.

Odwiedzony przeze mnie teren tradycyjnie obarykadowany jest zakazami. Nie przez przypadek nie zwiedzałem go wcześniej. Trudno jest mi jednoznacznie stwierdzić jaki jest status całej tej piaskowej doliny, którą potocznie nazywam właśnie Dziką Kotlarnią. Raz wjeżdżamy na teren kopalni, raz jesteśmy na terenie Lasów Państwowych, a tym razem na zafoliowanej kartce przybitej takerem do drzewa znajduję info, że teren należy do Stowarzyszenia Miłośników Jazdy Terenowej MUTT z Gliwic, tudzież do jakiejś innej zorganizowanej grupy z samej Kotlarni. Zasadniczo jest bałagan, choć jedno się nie zmienia – nigdzie wjechać/wejść samemu nie wolno. Nie krępują mnie jednak takie znaki, bo jakoś nie szczególnie sobie wyobrażam, bym swoją obecnością wyrządzał tam komuś jakąś krzywdę. Czym innym jest czynny zakład w ruchu, czym innym wydma piachu. Ognisk nie palę, śmieci nie wyrzucam. Rowerem robię zaledwie ślad, który za kilka godzin zniknie pod ziarnem piachu. Zostawiam miejsce w stanie tam zastanym. „Kradnę” widoki, zapachy, odgłosy – czynniki podzielne, wystarczające dla wszystkich. Tabliczki zakazu traktuję w tym przypadku jako prawny symbol wyłączenia odpowiedzialności właściciela, dzierżawcy czy zarządcy terenu od odpowiedzialności za krzywdę, która może mi tam się tam przytrafić. Taki przecież mają one sens, nie zawsze trzeba się ich bać. Co innego czarnych panów z Grupy Centrum z owczarkami na smyczy, z nimi raczej o aspektach prawnych się nie dyskutuje… Na szczęście tu ich nie ma.



W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze dwa miejsca. Pierwszym z nich jest niedawno uregulowany fragment rzeki Bierawki u granic Sierakowic. Być może w zamyśle będzie tu jakieś miejsce rekreacyjne, choć teren oznakowany jest jako łowisko i tak też do tej pory był wykorzystywany. Rzeka niestety cuchnie, jej zapach przypomina walory lokalnej Bytomki, choć do tej pory z perspektywy mostu postrzegałem ją, jako rzekę czystą i estetyczną – idealną na ekranową tapetę.




Drugim miejscem, niemal już symbolem moich wypraw w rejony lasów raciborskich, jest spokojna przystań na stawach. Skromna delektacja złotej ambrozji w cieniu rozłożystego drzewa ukaja moje nerwy do stanu umysłu noworodka. Łowisko, mili właściciele, ogólna sąsiedzka sielanka spokojnej wsi na samej granicy województw. Tylko do domu trochę daleko. A może dobrze, że daleko?


Dojazd, ślad:


Trip: 28.05.2017
Dystans: 90.89 km