Daleka wyprawa na Strzybnik

Jeszcze zimą siedząc przed monitorem swojego wysłużonego laptopa i tradycyjnie marnując kolejny z rzędu wolny niedzielny wieczór (i wzrok przy okazji) natrafiłem na interesujący wpis poświęcony pokaźnemu majątkowi szlacheckiemu usytuowanemu w miejscowości Strzybnik w niedalekiej okolicy wspaniałego miasta Racibórz. Zerknąłem na mapę, zaplanowałem trip. Był to pierwszy plan, jaki udało mi się ukulać w tym roku i natychmiast zyskał on miano priorytetowego, nie tylko ze względu na wysoką atrakcyjność rzeczonego miejsca, ale także na znaczną odległość, jaka dzieli moją betonową wieżę od ponad stuletniego parku usianego zabytkowym dobrostanem. Wyjazdu podjąłem się niedzielnego poranka o samiuśkim świcie (o 8:00 rano) ósmego dnia lipca. Nie ma co pytać, czy było warto. Same fotencje, nawet przy udziale kapryśnego światła, mówią same za siebie.  




Do Strzybnika oczywiście trzeba było jakoś dojechać, a że ostatnimi laty honoruję głównie szlaki leśne, tudzież łąki, pastwiska, szutry, a i nie gardzę peerelowskim asfaltem wśród bezmiaru pustkowia, taki rodzaj trasy tego dnia dominował. Mój ulubiony trakt między Łączą a Grabówką to już klasyka wyjazdów na rubieże raciborskie. Piękne, spokojne, absolutnie pozbawione ruchu kołowego dróżki z widokami polskiej zapadłej wsi. Loff it.




Nie jestem szczególnym miłośnikiem architektury sakralnej, ale że ostatnio sporo kręcę po dość odizolowanych od świata mieścinach, to nie sposób bym uniknął widoku licznie rozlokowanych krzyży i kapliczek. Tymczasem ta jedna istotnie przyciągnęła mój słaby wzrok. Stoi w okolicy wsi Łany w samiuśkim polu, lecz charakteryzuje się najwyższym stopniem zadbania – nie licząc dwóch spoczywających pod nią puszek po Harnasiu. No i ta oryginalna nazwa: „Łańska Bożemanka”.




Po drodze nie mogło się obejść bez wypatrywania domów złych. Oczywiście w ramach czystej zabawy, dla zabicia czasu poświęconego choćby na długie kilometrowe pokonywanie coraz to liczniejszych wzniesień. Szczególny okaz trafił się na łuku drogi tuż przed skrzyżowaniem na Strzybnik. Z zewnątrz przepiękne gospodarstwo, szczególnie uwzględniając szczytową ścianę domu i nadokienne zdobienie. Wewnątrz straszna ruina: zawalone piętro, parter też pozbawiony podłogi. Ale klimat jakby znany…










Jednakże nie dom zły, a pałac i folwark rozległy były celem tego dnia. Już od frontu wita mnie stodoła rozmiarów niespotykanych w moich dotychczasowych historycznych wojażach. Nad główną bramą dobrze zachowany herb rodowy familii von Bischofschausen – ostatnich włodarzy do 1945 roku.





Za stodołą na wzniesieniu na rozłożystej polanie stoi spichlerz równie okazały. Przy wyklepanej brukową kostką dróżce na łuku wzbija się wieża zegarowa z zardzewiałą tarczą. Legenda głosi, że na ów tarczy nie było cyfr, a wypisano tam regułę nijakiego Benedykta z Nursji: Ora et labora – Módl się i pracuj. Identycznie, jak u mnie w zakładzie.





Stodoła i spichlerz były pozamykane na trzy spusty. Ani tam wleźć, ani zajrzeć przez dziurę, a do tego straszyły czerwone tabliczki. Tymczasem prawdziwe perły mieściły się nieco dalej. Rozpościera się tam wspaniały park. Albo inaczej – kiedyś zapewne rozpościerał się tam wspaniały park z takimi okazami drzew jak choćby kasztan jadalny. Dziś natomiast mamy tu do czynienia z gęstwiną traw, chaszczy, pokrzyw i bujnie rosnących drzew. Wśród tego przyrodniczego motłochu wyłania się budynek dawnej kuźni, na rogu którego gościnnie wita nas bardzo dobrze zachowana betonowa  rzeźba z datą 1912. Za nim stajnia, a jeszcze bardziej w głębi obora. O ile kuźnia znów nie pozwala się zwiedzić, o tyle dalsza część przyklejonych do siebie budynków stoi otworem. Wchodzę. Wjeżdżam. 

















Jeszcze bardziej wewnątrz dżungli trafiam na pałac. I znów rower na plery i dawaj w chaszcze. I to wszystko tylko po to, by znaleźć się w miejscu równie niesamowitym, co przerażającym. Aż dziw bierze, że na drodze przy wjeździe do parku znajdują się tablice kierujące potencjalnego turystę do tego pałacu. Nie jeden turysta (jak już przedrze się przez dwumetrowe pokrzywy) chwyci się za głowę na widok tego, co zastanie w ramach oferowanej atrakcji. Pałac to kompletna ruina bez dachu i z zawalonymi piętrami. Ostał się parter, kolumny wejścia frontowego i ceglane ściany, które po prostu sypią się w proszek. W tej gęstwinie zieleni na placu ma się jeszcze kryć fontanna, do zobaczenia wyłącznie zimą lub wczesną wiosną. Oczywiście tak postawiona ruina to dla mnie atrakcja pierwszorzędna, ale dla turystów „kanapowych” już niekoniecznie. Tymczasem ku mojemu zdziwieniu, oprócz mnie miejscówkę tę nawiedziło sporo innych dusz. Co jakiś czas ludzie wyłaniali się z krzaków, a mi serce biło mocniej na myśl, że to jakiś dzik, albo inny nie daj Boże pies wygłodniały. Ze wszystkimi udało mi się zamienić parę słów, a jak mówiłem, że przyjechałem z Zabrza na rowerze, uśmiechali się żartobliwie. Uznałem wówczas, że ten blog będzie ostatnim bastionem mojej szczerości życiowej. I niech tak się stanie.















Dla zabawy do domu postanowiłem wrócić drogą alternatywną i do tego dłuższą. By przekroczyć Odrę musiałem zameldować się w samym Raciborzu. Przejechałem się wzdłuż ścieżki rowerowej na wale i wyjechałem obok starej żwirowni. Potem długie kilometry na Kuźnię Raciborską, by finalnie przez las znów gościć na stawach. Była godzina 16:22 – mój ulubiony pomost właśnie chował się w cieniu drzewa. Loff it.  


Pozdrawiam Czytelnikooff.

Trip: 08.07.2018
Dystans: 150,73 km