Opowieści zimowe

Znam wiele osób, dla których hasło „sezon rowerowy” jest pustym sloganem. Nie znają oni granic stanowiących rzekomy początek i koniec ów sezonu. Dla wielu z nich rower jest niezastąpionym, ekonomicznym, trochę uciążliwym, ale często najszybszym środkiem lokomocji. Środkiem wykorzystywanym całorocznie bez wyszczególniania pór kalendarzowych i warunków atmosferycznych, środkiem zaradczym na brak samochodu, czy dość wysokie koszta transportu publicznego. Zatem coś, co dla jednych jest przyjemnością, dla drugich stanowi życiowy przymus. Jednakże w rowerowym półświatku dominuje takie przekonanie, że należy posiadać przynajmniej jeden rower wykorzystywany do jazdy zimą, a już zwłaszcza, gdy spadnie śnieg. Jest to zazwyczaj niewysokiej klasy model, złożony ze starych, ale nadających się jeszcze do użytku części. Potocznie zwanym „zimowką” wyróżnia się grubszymi oponami, solidnie nasmarowanym łańcuchem i czasem zamontowanymi plastikowymi błotnikami. Ale właściwie zabudowa ramy nie podlega jakimś ścisłym zasadom, stąd każdy jeździ wedle uznania.


Moje tripy zimowe dalekie są od miejskiego gwaru i pośniegowego błota. Zimą kierunki są zazwyczaj dwa: lasy i wioski. Często zależy, ile spadnie śniegu, ale jeszcze nie zdarzyło się, bym z nadmiaru puchu rezygnował z jazdy w wyznaczone sobie miejsce. A tych na mapie mojej najbliższej okolicy jest kilka. Zimą to zupełnie inne krajobrazy. 

Bezsprzecznym numerem jeden są kamieniołomy. Tu zasada urokliwości nie obowiązuje, bo bez wątpienia o każdej porze roku w tym miejscu można znaleźć coś, co zachwyci. Dla mnie kontrast pomarańczowej skały i białej kołdry śniegu jest jednak czymś wyjątkowym. Na dnie kamieniołomu znajduje się płytkie i zazwyczaj już przy najmniejszym mrozie zamarznięte jeziorko. Panuje tam dobry klimat na wypoczynek. Nieopodal, w Suchej Górze, można w pełnym słońcu zasiąść na uboczu sztucznego stoku narciarskiego. Dla bogatszych znajduje się tam całkiem nienajgorsza restauracja. Uboższym pozostaje własny prowiant, słońce i widoki.







Miejscem szczególnie wdzięcznym zimową porą jest park w Reptach. Niemal za każdym razem co najmniej po łydki zasypany śniegiem. Tu spotykają się narciarze biegowi, ludzie spacerujący z kijami w dłoniach, saneczkarze (głównie dzieci ciągnięte przez rodziców) no i oczywiście rowerzyści. Szeroko rozłożone korony drzew przechwytują śnieg tworząc nad aktywnymi masami ludu coś na kształt naturalnych tuneli. Gdy do tego zaświeci słońce, klimat staje się po prostu trudny do opisania bez używania bajecznych fraz. 




Zahaczam też o pobliskie wioski. Rzadziej używane dróżki, zazwyczaj witają mnie ubitym, ale nie rozjeżdżonym śniegiem. To najlepsze podłoże do zimowych tripów. Odgłos pękających kryształków lodu dochodzący spod grubych gum jest muzyką dla uszu. Rower toczy się lekko, a słońce ogrzewa twarz. Zapuszczam się niezbyt daleko, do oddalonej o jakieś 7 kilometrów miejscowości Ziemięcice. Kilka już dobrych lat temu nadałem tej niewielkiej mieścinie, a w zasadzie pewnej jej części, nazwę Małej Danii. Na krajobraz ten składa się pokaźny staw, stary budynek królikarni oraz parę szeregowych domków. Zapewne mieszkańcy tej dość biednej okolicy mają iście odmienny stosunek do miejsca swojego bytowania, niż ja miałem w zwyczaju przedstawiać to na swoich blogach, ale w życiu nie zawsze piękno idzie w parze z bogactwem. I odwrotnie.







Szlajanie się po lasach stanowi największą część zimowych wypadów. Głównym kierunkiem jest Miechowicka Ostroja Leśna, Rezerwat Siegiet, pobliska hałda Red Rock oraz, gdy w portfelu zagości jakiś grosik, restauracja Pod Dębem w Dąbrowie Miejskiej. Ten obszar poprzecinany jest kilkoma szlakami rowerowymi i to na nich skupiam się szczególnie. Zazwyczaj dobrze ubite, wydeptane dróżki stanowią esencję wyprawy, bo brnięcie w zaspach choć urokliwe, nie należy do najprzyjemniejszych. Tu również spotykają się biegacze, spacerowicze i rowerzyści. Sarny i dziki też.




Ponoć pewną sztuką jest dobrze się ubrać na zimowy trip. To znaczy ubrać się tak, by było ciepło, a żeby się też przy okazji nie przegrzać. Znane są powszechnie rozwiązania piankowe, polarowe, softszelowe… Okazuje się jednak, że większość z nich można bardziej wykorzystać w zimniejszy dzień w lato, niż cieplejszy zimą. Ubieranie „na cebulę” co prawda daje możliwości manewru odzieżowego w postaci zakładania bądź ściągania poszczególnych warstw, ale demoluje wyprawę niwelując ją do częstych postojów i przebieranek. Starsze pokolenie pamiętające choćby Wyścig Pokoju pochwali rozwiązania gazetowe, czyli wkładanie pomarszczonych, poskładanych arkuszy papieru gazetowego pod koszulkę w miejsca szczególnie narażone na podmuchy wiatru. Powietrze, które gromadzi się między arkuszami stanowi dobrą izolację, ale… spróbujcie się spocić, albo zamoczyć – wtedy papier zamienia się w trudno usuwalną breję. Jeszcze inni, ci nowocześniejsi wbijają do Decathlonu. Trudno będzie tam znaleźć choć jednego pracownika, który nie zachwalałby zgromadzonej odzieży, jako tej jedynej wystarczającej zimowemu rowerzyście do osiągnięcia satysfakcji termicznej podczas tripu. I często okazuje się, że i tak na tę drogą, cudowną, markową, poobklejaną napisami odzież zarzucamy chińską kurtkę z targu, bo jest nam po prostu zimno! No i mamy odpowiedź. Ubrać się jest trudno, bo nie ma uniwersalnego rozwiązania dla wszystkich. Ja zakładam pod polar gruby wełniany sweter, taki jaki noszą mniej zamożni mieszkańcy serbskich wiosek. Na gębę kominiarkę materiałową lub z polaru, czapkę (bo kask już sprzedałem), do tego sztruksowe spodnie. Jest mi ciepło. Inny by albo zamarzł, albo się roztopił. Jedno jest pewne: zimą bike chic nie obowiązuje nikogo. Bezwarunkowo.


Zimowe wojaże z lat 2011-13. Prawdopodobnie trudne do powtórzenia w najbliższym czasie. Rower wykorzystywany do tej pory w jazdach zimowych znów wrócił na lenie trasy. Ale i zim śnieżnych jakoś zaczyna brakować. Czasu też coraz mniej...