Bike Expo 2017 Część I: Rowery

Jaki jest wzór na współczesny rower? R=G+S+L+(e). W szybkim wyjaśnieniu - naprawdę dobry rower to dziś suma czterech parametrów: (G)eometrii ramy, (S)ztywności komponentów, (L)lekkości materiałów i… niestety/stety (e)elektrycznego wspomagania. Do tego wrzucić można jeszcze niebanalny design. Żeby zasmakować dobrobytu rynku rowerowego na świecie w nadzwyczaj ulewną sobotę, 23 września, ruszyłem do Kielc na ósmą edycję corocznych targów Bike Expo. Niniejszym przedstawiam Szanownym Czytelnikom mojego niszowego bloga dość bogatą fotorelację z wystawy. Bike’fun!



Na miejscu zatrzęsienie! 250 wystawców z 12 krajów, 7 hal wystawowych, 11 tysięcy metrów kwadratowych do ogarnięcia i miliony milionów klamorów do obejrzenia. I to tylko tego jednego dnia. Nie trudno się dziwić, że jeszcze przed dojechaniem do celu dość dokładnie zaplanowałem sobie, co chcę obejrzeć. A i tak jakimś cudem pominąłem kilka ważnych punktów. Moją jakże bogatą relację ze względu na ogrom zdjęciowego materiału podzieliłem na trzy części: rowery, komponenty i akcesoria. 

Część pierwsza - rowery.

Kross. Trudno nie zacząć od najsilniejszej polskiej marki, do stanowiska której prawie przez całe targi trudno się było dopchać. Wszystko to za sprawą Jolandy Neff, zawodniczki Kross Racing Team, która podpisywała plakaty ze swoim „ja”. Gdy „emocje już opadły”, a gorący tłum fanów się rozpylił, można było z bliska spojrzeć na maszynę Szwajcarki – ultra karbonowego Levela TE.


Żeby nie było wątpliwości, czyj to sprzęt…


Pełna sztandarowa grupa SRAMa z napędem XX1 i hamulcami Level Ultimate, całość mocowana na tylko trochę cięższej od powietrza kierownicy Tune.



Z przodu Rock Shox SID Team, także spersonalizowany.


Kross pokazał też nowe cacka na przyszły rok…


…w tym ramę full’a Moon – flagowego produktu z Przasnysza. 


Romet. Drugi polski producent też trzyma się mocno i do tego, jak pokazało życie – drogo się ceni. Pokaźne stoisko, a na nim cała gama z nowoczesnym projektem Jig na czele.


Romet jako jedyny odważył się pokazać rower po przejściach.



Fuji. Tu ciągnęło mnie najbardziej i nieco się zawiodłem. Fuji stawia na klasykę w geometrii i nowoczesność w designie. Na zdjęciu karbonowy Transonic 1.3 w wyglądzie nawiązujący do rowerów marki z lat 80.



Amerykanie tradycyjnie pozostają silni w szosie i przełajówkach.


Pokazali kilka elektryków i dość niskie modele mtb. Na zdjęciu model Ambient 29 1.3 na rok 2018. Tymczasem brak na targach linii SLM to już zupełna porażka niemieckiego dystrybutora.  


Cannondale. Amerykanie jak zwykle nie zawiedli i pokazali najlepsze karty. To stoisko było jednym z najbardziej obleganych i trudno się temu dziwić. Na froncie perełka – Scalpel-Si Team na złotej grupie SRAMa. Cena: jedyne 42 tysiące.


Oczywiście nie mogłem dosiąść sobie modelu z amorem Lefty. Ta innowacja znana od kilku lat nadal budzi mój podziw, a zwłaszcza wytrzymałość łożysk piasty w przednim kole! 


Jak wszyscy, Cannondale pokazał też full’a ze wspomaganiem. Na zdjęciu model Montera LT2 za 25 klocków z amorem RS Yari o skoku 160 mm i motorem Bosch Performance o mocy 250 W. Na górze tańszy o 10 tysiaków pomarańczowym model hartailowy Cujo Neo 2. Godnie!


Look. Tej francuskiej marki nie trzeba nikomu przedstawiać. Pełna gracja i ekskluzywność, aż strach było podejść do stoiska. Słynąca z doskonałych ram i innowacji technologicznych firma pokazała swoje topowe modele szosowe, a wśród nich drogiego 765 Optimum RS.


W jeszcze droższych modelach z serii 795 można zobaczyć kunszt projektantów i opatentowany mostek A-Steam – część projektu Look Direct Drive, nieodłączny element rozpoznawczy marki zarówno w rowerach szosowych, jak i grupie mtb. Oryginał.




Moje oko cieszył też najwyższy model 989 RS.


Haibike. Kolejna marka stojąca twardą nogą na gruncie. Jednocześnie mająca najwięcej modeli rowerów z elektrycznym wspomaganiem. Bardzo dobrze przygotowane stoisko i co ważne – dostępny rower testowy, na którym miałem przyjemność się „karnąć”. Serce zabiło mocniej, tylko portfel trochę zazgrzytał. Na zdjęciu topowe zelektryfikowane modele Xduro Nduro 10.0 (na górze) i 9.0 (u dołu). Ceny odpowiednio: 27 995 zł i 24 495 zł. Tylko brać.



Rozwiązania techniczne determinują cenę. W serii Nduro za napęd odpowiada silnik Yamaha PW-X System, 250W.


Marka dobrze ma się też w tradycyjnych ramach. Na zdjęciu modele linii hardtailowej SEET HardSeven. Ceny poniżej 5 klocków.



Wheeler. Już wydawało mi się, że marka ta umarła. Tymczasem na targach zaprezentowano pokaźną kolekcję. Mnogość i różnorodność ram, w bardzo minimalistycznym malowaniu i designie. Mocna seria Eagle nie rzuca na kolana, ale jest na czym zawiesić oko. 



Wheeler pokazał też swojego sztywnego elektryka, model I-Riser HD.


Orbea. Hiszpańska legenda. Prawdopodobnie najlepsza europejska firma rowerowa (obok Looka oczywiście) zaprezentowała swoje dzieła w szerokiej gamie od kolarek przez gravele po ciężkie fulle. Na zdjęciach serie: szosowa Orca oraz pozaszosowe: Oiz, Alma, i tańsza MX. Było co oglądać.






NS Bikes. Marka dla koneserów ostrych zjazdów. Dopiero od niedawna interesuje mnie ta dziedzina rowerowa, choć też bez większych emocji. Za to na stoisku tej marki serce znów zabiło mocniej na widok tej maszyny – model Snabb w genialnym ciemnoniebieskim malowaniu.


I te niesamowicie dopracowane pod wglądem designu szczegóły.




Malowanie Snabba w metaliku nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia ze sprzętem z najwyższej półki.


Zawieszenie i napęd. Aż nie chce się wjeżdżać w syf.



Race Mountain. Mało znana w Polsce włoska marka. Rowery bardzo skromnie skrojone, wręcz minimalistyczne. Na tym stanowisku można było do rąk własnych chwycić surową, jeszcze nie oszlifowaną ramę karbonową. Niesamowite uczucie lekkości.




A tak wyglądają finalnie modele R 29 Carbon SL.



Merida. Wielki zawód. Odnoszę wrażenie jakby marka stała w miejscu. Oczywiście ma swoje sukcesy we flagowych produkt serii „ninety…” oczy kultowym już modelu szosowym Scultura, ale reszta jakby nieświeża. Za to markę, której dystrybutor ma siedzibę zaledwie półtorej kilometra od mojego domu, mogę pochwalić za wyjątkowo dobrze dobraną paletę kolorystyczną ram. Jeden model rzucił mi się w oczy – zielonkawy gravel Silex 300. Cena nieco ponad 5 kawałków za naprawdę dobrze pomyślany technicznie i designersko rower.


Marin. Ponoć kultowa w Stanach i prawie zupełnie obca w Polsce marka. Spore stoisko, małe zainteresowanie. A rowery takie sobie, raczej bez szału z dość „prostymi” geometrycznie rozwiązaniami. Warte jednak odnotowania.


Corratec. Niemiecka technologia, astronomiczna cena. Bardzo lubię te rowery, które zawsze charakteryzuje firmowe biało-niebieskie malowanie. Na targach pokazali moc. Na zdjęciu pierwsze skrzypce gra model C:Time 105, u spodu CCT Evo.


Tradycyjnie niebanalna linia ramy.


I to, z czego słynie niemiecka marka – widlasta geometria w modelach SuperBow.  




Author. Polski dystrybutor czeskiej marki trochę sprawę zaniedbał. Jeśli prezentuje się rowery w piętrowych boksach, prawie niedostępnych dla zwiedzających, trudno o rzetelną ocenę tego, co wystawiono. W przypadku firmy Velo dotyczyło to również rowerów zbudowanych na ramach Accent i Dartmoor. Szkoda, bo Author to jedna z moich ulubionych marek z roku na rok niestety pikująca w dół.


Bulls. Niemiecka marka średnio dostępna na naszym rynku, za to z bardzo wypasionymi modelami. Na zdjęciu wprost godny zachwytu karbonowy model Black Adler bogaty w komponenty z najwyższej półki: kompletną grupę XTR, amortyzator Rock Shox RS1, sterowanie FSA oraz siodło Fizika.



Grupę napędową uzupełnia elektronika Shimano Di2 o najwyższym nominale


Nieobecni. Pośród wielu producentów rowerów bądź polskich dystrybutorów zabrakło kilku nazw, które moim zdaniem powinny być absolutnie na tak dużej imprezie wymawiane w pierwszym rzędzie. Kogo zatem nie było? Możecie być zaskoczeni, bo lista jest całkiem spora. Znaleźli się na niej: Cube, Kellys, Giant, Specialized, Trek, Bianchi, BMC, KTM, Ghost. Brakowało też branżowej elity: Yeti, Santa Cruz, Kona. Jeszcze bardziej odczuwalny był brak producentów, którzy sprzedają swoje rowery w sieci, dla których pokazanie się w „realu” powinno być czymś oczywistym: Canyon, Rose. 

Druga strona medalu jest za to taka, że sam przegapiłem kilku wystawców, a wśród nich wschodzącą polską markę Monteria, angielskiego Whyte czy (o zgrozo) szwajcarskiego Scotta, którego box paradoksalnie znajdował się na samym początku mojego planu zwiedzania. Za rok się poprawię.

Na koniec zaś ciekawostka z rowerowego zaplecza. Przypadkiem w rogu z jednej z hal zauważyłem niecodziennego prawdopodobnie elektryka sygnowanego marką Subaru. Chyba nie jest to nic seryjnego…


Zapraszam na część 2 – komponenty i część 3 – akcesoria.