Ziemia zakazana

Na odważniaka bym tam nie wjechał, bo człowiek ma już nad to na głowie, żeby jeszcze świadomie pchać się w kłopoty. Co innego gdy lokalna przejażdżka nagle zamienia się w totalny „pobłąd” po lesie, który normalnie z daleka widzę ze swoich okien. Wśród gliwiczan obszar ten obrósł w różne legendy miejskie, jak choćby ta, że w 2012 roku testowano tam jakąś broń chemiczną. Osobiście mogę potwierdzić te dwie, że las zamknięty jest dla postronnych gości i że jest to najpiękniejsze i najczystsze miejsce w okolicy. O tym, że od pół godziny nieświadomie kręciłem się po terenie poligonu w Lesie Łabędzkim dowiedziałem się dopiero z mapy, którą odpaliłem, gdy złapał mnie rzęsisty deszcz. Schroniwszy się pod koroną okazałego dębu postanowiłem zaplanować sobie krótki melanż po tamtejszych ścieżkach. Skoro już tu zabłądziłem…


W zasadzie skupiłem się na trzech z pięciu zbiorników wodnych, które znajdują się na terenie lasu. Jak miało się okazać wszystkie pełnią obecnie rolę łowisk. Wielkim plusem zamknięcia terenu jest niespotykana wręcz czystość panująca wokół: zero puszek, flaszek, kapsli, a nawet petów. Tamtejsze budy są własnością wędkarzy z mocno hermetycznego środowiska pracowników Bumaru, którzy, co trzeba im przyznać,  potrafią zadbać o swoje. Zdziwiło mnie, że ludzi – dość nieprzyjemnych i wulgarnych – spotkałem tylko nad Betoniarnią, największym ze stawów. Dwa pozostałe, z których pierwszy nie ma nazwy, a drugi nazwano Czarnym Stawem, były opustoszałe. Wszystko za sprawą daty mojej wizyty – trzydziestego maja, który to był ostatnim dniem ochronnym dla jakiejś tam ryby żyjącej w tychże stawach.













Pod koniec tego nielegalnego turnee spotkała mnie krótka przygoda, która potwierdza jeszcze jedną miejską legendę: teren poligonu pomimo otwartych bram i dziurawych płotów jest solidnie pilnowany. Tego dnia jedynie kolejne oberwanie chmury sprawiło, że nie wylądowałem na jakimś posterunku.

Oliwa jednak sprawiedliwa – i w moim przypadku niemal dosłownie. Los chciał, że tamtejszy krótki trip po okolicy, w ten dość niestabilny pogodowo dzień, miał na celu przetestowanie nowo zakupionych laćków do roweru Leny. A że rower żony musi być najpiękniejszy w całym powiecie, zakupiłem opony stylizowane na lata 80. z beżowym paskiem u boku, za który oczywiście musiałem dopłacić po pięć dych na sztuce. Bo moda taka teraz panie, taniej już nie będzie! – orzekł sprzedawca. No i tymi pięknymi oponami w którymś momencie mojej leśnej tułaczki wpadłem do leja z mieszanką błota, ropy, oleju, smaru, płynu hydraulicznego i sam jeden mechanik czołgowy wie jeszcze czego. Skutek był opłakany, bo na beżowych pasach pojawiły się ciemne, nieregularne przebarwienia niemożliwe do usunięcia. I tak oto moje samolubstwo, pycha i szpanerstwo zostało pokarane: na oponach z lat 80. ubiegłego wieku pojawiły się siniaki z lat 20. tego weku. Lena nawet nie zauważyła, ja chodziłem wkur***y do końca lipca…


Trip: 30.05.2020
Dystans: 67,17 km